Blogosc. I koniec bloga.

Minely Swieta Bozego Narodzenia. W tym roku w Antwerpii. Kameralna wigilia w stalym gronie z rodzina Frytka, ktora zaadaptowala po swojemu moje polskie tradycje. Z racji, z brzuchem brzusiem ciezko juz by mi bylo stac trzy dni w kuchni, to kazdy z gosci przyniosl cos swojego. Oczywiscie wedle naszych instrukcji. I tak karpia zastapila sola w bialym sosie. Sernik zostal zastapiony przez razowe apple crumble z przepisu Jamiego Oliviera (polecam wygooglac!). Zaczelismy swietowac wczesnie, zeby wczesniej skonczyc na wypadek, gdyby ciezarna gospodyni byla zbyt zmeczona. Goscie przyszli wiec po 17stej. A wyszli… po polnocy. I to mimo faktu, ze tutaj Swiety Mikolaj wcale nie przychodzi 24ego. Blogo, spokojnie, rodzinnie. Czego chciec wiecej?

Najtrudniej jest chyba przed sama wigilia, gdy czlowiek wraca wspomnieniami do Domu, do tych, ktorzy sa daleko. Nie da sie skopiowac wszystkich polskich tradycji, atmosfery, zapachow. Nawet mimo staran Frytka, ktory w Swieta starannie wyszukuje polskich koled na youtubie. Ale z drugiej strony  usmiecham sie na mysl, jak cieplo zostaly tu przyjete moje zwyczaje. Jak dzielimy sie oplatkiem i gdy wszyscy sie wzruszaja, ze to taka piekna tradycja. Wtedy mysle sobie, ze cos mi sie jednak tutaj udalo.

Zaczal sie kolejny rok i jak zwykle bez postanowien noworocznych.

W ubiegly weekend odwiedzili nas moi rodzice. I mimo braku oczekiwan, to byl jeden z najwspanialszych weekendow, jakie sobie ostatnio moge przypomniec. Bylo mi tak blogo, bezpiecznie i po prostu dobrze. Ze nawet z usmiechem wstalam dzis rano o 5tej do pracy. I nadal sie usmiecham. Nasz mały pół Polak-pół Belguś pewnie tez.

I to chyba dobry nastroj, zeby sie z Wami pozegnac po tych ponad siedmiu (!) latach. Witryna blog.pl zostaje zamknieta 31 stycznia. Pozostaje mi wiec tylko sciagnac tresc bloga, wydrukowac wszystko na papierze i dobrze schowac. Nie bedzie z tego chyba bestsellera, ale pozostanie mi wspaniala pamiatka z wyjazdu na Erasmusa…, ktory przerodzil sie w wyprawe zycia. Chociaz mam wrazenie, ze najwazniejsza czesc tej wyprawy dopiero przed nami.

Sciskam Was.

Wyjatkowo mocno. I dziekuje, ze byliscie tutaj ze mna. Nawet jesli z daleka.

Uwielbiam zaczynac Swieta ta piosenka

I z kazdym rokiem tak doskonale pasuje.

W tym roku nie tyle tradycja, ale piosenka w tle ma dla mnie wyjatkowe znaczenie.

Lulejże mi, lulej, we wszechświecie całym, tyś jest moim królem mój syneczku mały.
Ciebie ja otulę, ciebie ja nakarmię, nim świąteczna nocka cały świat ogarnie.

Nie płacz mi, na przyszłe dni, gdy Cię spotka krzywda, bieda.
Śpij mi śpij, lulaj mi, ukołysać się daj.

Uśnijże mi, dziecię, już oczkami swemi, śnij o całym świecie, śnij ty o tej ziemi.
By to była ziemia spokojna i mądra, ziemia sprawiedliwa, wszystkim ludziom szczodra.

Lulila, pięknie gra, fujareczka, fujareczka. Tysiąc gwiazd świeci tam dla mego syneczka.
Lulejże mi, lulej, we wszechświecie całym, tyś jest moim królem mój syneczku mały.

 

Kiedy to zdazyl zaczac sie grudzien?

Mialam wiecej pisac. Nie tylko ogolnie, ale takie tez bylo moje zalozenie, ze jesli kiedys przyjdzie mi byc w ciazy, to oczami wyobrazni widzialam siebie piszaca bloga i dzielaca sie ze swiatem wszystkimi swoimi przezyciami. A tutaj jakos 2/3 za nami i jakos jeszcze mnie taka potrzeba nie bardzo nachodzila. Moze dlatego, ze pierwsza czesc ciazy po prostu przespalam. A potem, jak juz przestalam ciagle  spac to i tak szlam lezec w fotelu, gdy tylko mi cos doskwieralo, albo gdy zaczynal sie serial o superbohaterach (Gust mi sie nie poprawil. Jesli nie zrobilo sie jeszcze gorzej).

Tak po prawdzie, to dlugo trwalo zanim to wszystko do mnie dotarlo. Caly czas z reszta dociera jakos w zwolnionym tempie. I swiadomosc, ze od teraz bede sie juz zawsze o kogos martwic (jakbym nie robila tego i tak) jest czyms, do czego powoli sie przyzwyczajam. Czasem tylko jakas mala rybka w brzuchu o sobie przypomina i wtedy sie jednak rozplywam. Calkowicie.

Wczoraj zapalilismy pierwsza swiece w naszym wiencu adwentowym (to jedna z naszych mieszanych tradycji). W tym roku adwent i idea czekania ma nieco inny wymiar. Poza tym, jak co roku. Pierniczknikna miekna w sloiku. Pierwszy rynek swiateczny (oczywiscie w Kolonii) zaliczony. W sobot razem z Frytkiem, szwagierka i ciocia Lut testowalismy czy bradwurst z bulka smakuje rownie dobrze, jak zawsze. Smakowal. Przyznam jednak, ze lepiej byloby kielkbaske popijac grzancem a nie kakao. No ale za rok, moze dwa.

Staramy sie nasze weekendy wypelniac takimi wiec przyjemnosciami. Miesiac temu wybralismy sie na weekend do Ostendy, zeby nawdychac sie jodu i pochodzic po plazy (lub po tym, co z plazy zostalo). Wszyscy nas strasza, zeby korzystac (i spac) poki sie da, wiec poslusznie sie sluchamy. I te przerwy pomiedzy (czasem zbyt) dlugimi tygodniami w pracy probujemy wykorzystywac jak najlepiej.

Sciskam Was tymczasem z pochmurnej Antwerpii.

Wspomnienie sierpniowych wakacji (pozna relacja)

W odroznieniu od wakacji we Francji, podczas sierpniowych wakacji w Polsce, nie mialam za wiele momentow, kiedy to zalowalam, ze nie mam laptopa do pisani. Nie zeby nie bylo powodow do pisania (bo te sa zawsze), ale ograniczony czas, ciagle przemieszczanie sie (i to z tesciami i psem w jednym aucie) zajmowaly jednak duzo czasu. Ale udalo sie. Oficjalnie przybyly nam dwie urocze acz charakterne chrzesniaczki (jedna wspolna, jedna tylko Wujka Frytka). Wysciskalismy czesc czlonkow rodziny (wszystkich sie nie da w takkrotkim czasie). Zwiedzilismy (krotko ale jednak) Berlin, Poznan, Mazury, Warszawe, Czestochowe, Pomorze i (wracajac) Magdeburg. Tesciowie chyba zadowoleni, bo mimo zmeczenia sprawiali jednak wrazenie szczesliwych. A z reszta, jak mozna byc nieszczesliwym jedzac przez dwa tygodnie schabowe, sledzika, kapuste kiszona, a czasem nawet jakies lepsze rzeczy (Kto byl „u Ewy” w Sasinie, wie o czym mowa!).

I choc z podziwem patrze na zdjecia z egzotycznych wakacji moich znajomych, to jednak, jak zwykle, stwierdzam, ze najbardziej podoba mi sie ten las, pelen borowek gdzies w okolicach Lubiatowa i Kopalina. Albo to muliste jezioro niedaleko Pasymia.

No i ty byly specjalne wakacje, bo z dobrymi wiesciami.

Ze tak naprawde nie bylismy we czworke, ale w piatke.

Do Dziadka.

W przygotowaniu gdzies czeka notka z wspomnieniem sieprniowych wakacji. Ale tak sie zbieram do pisania i ciagle odkladam pisanie na dzien kolejny. Dzis jednak chyba pora wysilic sie na kilka slow.

Na gazie pyrkoli sie zurek w przygotowaniu na jutrzejsza wizyte znajomych. W koncu „takiego” dnia nie mozna spedzac samemu. Bez fajerwerkow, wielkiej fety, ale chcialabym ten dzien spedzic z ludzmi, ktorych lubie. Tylko (jak zwykle) szkoda, ze tak daleko od Domu. Dzis jakos specjanie chcialoby mi sie byc w Warszawie. Wcisnac sie pomiedy rodzicow na (ciut zbyt) waskiej kanapie, jesc sliwki i powyciagac stare zdjecia. Z odejsciem Dziadka znow cos sie zmienia. Tym razem definitywnie zamknal sie pewien rozdzial, chociaz juz od kilku lat przeciez nie chodzilam z dziadkiem za reke po prawdziwe mleko od prawdziwej krowy. I od dobrych kilkunastu lat przeciez dziadek nie stawial nam w hustawki w swoim ogrodku i nie robim kanapek z „palkim” dzemem truskawkowym. Nie kazdy mial dziadka, ktory potrafil zrobic szczudla albo przyprawic bigos. Pracowity, wytrwaly, z charakterem. Takiego chce Go zapamietac. Jako jedynego mezczyzne, na ktorego nie moglam sie obrazic, gdy z zachwytem w oczach powiedzial mi i mamie, ze jestesmy „kobitki jak paczki!”

Trzymaj sie dziadku. Usciskaj tam Babcie z calych sil.

Ania, Frytek i <3

Berlou i po Berlou

Wiem, wiem. Nie bylo mnie tutaj tyle czasu, ze wszyscy byli w stanie uwierzyc, ze pewnie zostalismy na poludniu Francji na dluzsze wakacje. Ale nie. Wrocilismy juz w polowie czerwca. Od tego czasu zdazylismy juz oczywiscie dwa razy pojechac do Kolonii. Raz sami, z poczatkiem lipca, tak sobie. Drugi raz w belgijskie swieto narodowe (ale z nas patrioci, jak do Niemiec jezdzimy w takie swieto) zabrawszy ze soba szwagierke, Frytkowego kuzyna i jego dziewczyne. Na krecenie nosem Frytka: „Na pewno chcecie siedziec nad Renem? Przeciez to dla turystow” nasi goscie stwierdzili, ze czuja sie turystami, wiec faktycznie skonczylo sie nad Renem, z piwem pszenicznym, golonka, kapusta i kielbasa serwowana elegancko w lisciu salaty. (Nie ma to jak niemieckie wyczucie estetyki). Nie musze chyba mowic, jak skonczyly sie dla niektorych zakupy „po spozyciu”. Wyszlismy z galerii handlowej z klockami i wiekim pluszowym jednorozcem. I dzieki nam Kolonia zyskala nowych fanow.

Ale mialo byc przeciez o naszych wakacjach we Francji.

Udalo nam sie w tym roku, z kalendarzem w reku, wyliczyc tyle urlopu, zeby bylo „na Polske”, ale tez zeby zostalo troche na nasze wakacje we dwoje. Po latach opowiesci o bagietkach i winie, dalam sie przekonac i podjelismy decyzje, ze pojedziemy na poludnie Francji, gdzie Frytek (wtedy jeszcze jako Maly Frytek) jezdzil z rodzicami na wakacje. Musze przyznac, ze na poczatku wyjazdu moj entuzjazm byl umiarkowany. Droga zaczela sie srednio – brukselskie korki, paryskie korki i deszcz. Dojechalismy wymeczeni po kilku dlugich godzinach do miasteczka Montlucon – „gdzies po srodku Francji”. Po obrzydliwym sniadaniu z mikrofali (nigdy nie wykupujcie sniadan w przydroznych hotelach we Francji, bo dostaniecie jajecznice instant) ruszylismy w dalszy deszcz. Po dwoch dniach jazdy juz chcialam zawrocic, az do momentu, gdy deszcz ustal i nagle mozna bylo popatrzec przez okno na ten caly Masyw Centralny. A potem zaczely sie pojawiac gory, pagorki, winnice. Gdy dojechalismy wieczorem do Berlou, malej wioski po srodku niczego, nie moglam uwierzyc wlasnym oczom. Nie wiedzialam, ze takie miejsca istnieja. (Zeby wczuc sie w atmosefere, polecam piosenke Michela Fugain - une belle histoire o-  pewnej ladnej historii.

I juz wtedy pozalowalam, ze nie mam jakiegos tableta, zeby moc siasc i pisac bloga na biezaco, bo (mimo poczatkowego marudzenia) cieszylo mnie tam wszystko. Frytek wiedzial, co robi wybierajac okolice Langwedocji. Niewielu turystow, spokojniej i taniej w niz na Lazurowym Wybrzezu. Swiety spokoj i cisza (nie liczac ciaglych ptasich i zabich koncertow), widoki, bagietki i ser.

Czy wiecie, ze nie w kazdej tamtejszej wiosce jest sklep spozywczy? Za to w kazdej wiosce jest tzw. cave, gdzie miejscowi rolnicy sprzedaja wino. I nie, ze sprzedaja tak o. Mozna (a nawet nalezy) przyjsc, usiasc, poprobowac. I dopiero wtedy wybrac. Dobrze, ze mozna bylo dojsc piechota do domu. Degustacja przy ponad 30 stopniach miewa swoje gorsze strony.

I tak nam mijaly dni. Zwiedzalismy okolice, ale dosyc umiarkowanie (kto by sie chcial meczyc na wakacjach). Zakochalam sie w miasteczku na skale –  Minerve. Pierwszy raz w zyciu zanurzylam stopy (a potem i cale nogi) w Morzu Srodziemnym. Wieczorami zas wsiadalismy w samochod i po prostu jezdzilismy po okolicy (zatrzymujac sie na testowanie aparatu fotograficznego).Okazalo sie ze wioski, jak z bajki „Piekna i Bestia” faktycznie istnieja. Male, przyklejone do siebie domki i wszedzie jakis zamek na wzgorzu.

Po kilku dniach przejazdzek po pokretnych drogach zaczela mi mijac choroba lokomocyjna. Mozna sie wiec bylo przyzwyczaic. W pewnym momencie zatesknilam nieco za deszczem, bo w drugiej polowie naszego pobytu, temperatura nie spadala ponizej 34C i nasza sypialnia na poddaszu jednak przestala mi sie tak bardzo podobac. Problemy pierwszego swiata.

Wrocilismy wyspani, lekko spieczeni, ale zadowoleni. Nastepnym razem zabieramy mame i tate. Postanowione.

Pozdrawiam Was tymczasem cieplo. Nie tylko w Polsce lato nie rozpieszcza. Ale kogo dziwi deszcz w tym malym kraju.

Kolonisci

Wszyscy ciagle nam mowia „korzystajce z zycia poki jestescie mlodzi”. To korzystamy. Wczoraj wstalismy leniwie i postanowilismy (znow) pojechac w pewne znajome nam miejsce. Zjedlismy drodzowke w cukierni obok mojego starego mieszkania, zakupilismy klocki Playmobil (jakos duzo dzieci w rodzinie sie zrobilo ostatnimi czasy) i zrobilismy sobie bardzo dlugi spacer z Nippes pod sama katedre. Te najwyzsza w calych Niemczech. Zajrzelismy do mojej ulubionej knajpki i udalo nam sie zajac ostatni wolny stolik i zjesc sushi, na ktore czekalam 2 lata.

Musialam sie chyba wyprowadzic z powrotem do Antwerpii, zeby z taka sympatia patrzec na Kolonie. Bo jednak lubimy wracac na „stare smieci”. Tez chyba po to, zeby przypomniec sobie, ze kiedys mialam tyle charakteru, zeby po raz kolejny zostawic wszystko za soba i ruszyc w nieznane. Czasami by sie chcialo znow tak sprobowac.

A teraz maj i maj

Slucham sobie jednym uchem zwyciezcow wczorajszej Eurowizji (ladnie, o czyms i jeszcze zaspiewane przez usmiechnietego Portugalczyka – czego chciec wiecej). Drugim okiem aktualizuje swoje CV i staram sie przez to nie wpasc w sentymentalny nastroj podsumowan. Jeszcze zacznie mi sie tesknic do czasow z Leverkusen i Koloni i bedzie trzeba znowu jechac. No i co wtedy?

Nie wiem nawet, kiedy minal ostatni miesiac. Po mazurkach i wielkanocnym zurku zostaly tylko wspomnienia. Swieta sie udaly. Kameralnie, w rodzinnym gronie urzadzilismy u nas bardzo pozne swiateczne sniadanie. W poniedzialek (tradycyjnie) lezelismy w fotelu z przejedzenia, zastanawiajac sie, kto zjadl ostatni kawalek mazurka.

Majowki jako takiej tu nie ma (niestety nie slyszeli tutaj o Konstytucji Trzeciego Maja), wiec nie zdazylismy zaczac sezonu grillowego ani nic z takich rzeczy. Spokojnie wiec i bez zmian. No moze z jedna mala zmiana, bo zapisalam sie po dlugiej przerwie na fitnesy (ktory to juz raz). Tym razem powoluje sie jednak na pomoc sympatycznego (i bardzo szerokiego) mlodzienca, ktory jakis przez jakis czas ma mi pokazywac, jak mam wrocic do formy. Taka jestem Chodakowska. Tylko do sezonu bikini juz chyba nie zdaze. Za rok!

Problemy pierwszego swiata :)

Komplementy

Jutro idziemy na wesele, wiec dzis z bolem wstalam (zbyt) rano do kosmetyczki. Na manicure i brwi.

Wracam do domu tak, jak wyszlam nieumalowana i potargana. Malzonek akurat wstal, patrzy i od razu:

- Bardzo ladnie ci wlosy zrobila!

- … Ale ja nie bylam u fryzjera, tylko u kosmetyczki…

- A, no tak, faktycznie, od razu widze po cerze.

<3

Ot, jaki wyszkolony.

Wielki tydzien, male wycieczki.

Co mozna zrobic z dniem urlopu w srodku tygodnia.

Mozna sprzatac. Mozna.

Mozna wlaczyc Netflix. Mozna.

Mozna powiedziec do zony: „Ale bym pojechal teraz do Kolonii”.

Dwa razy nie trzeba mi powtarzac. I tak, w srodowe poludnie, wsiedlismy w samochod i pojechalismy do oddalonej o 240 km Kolonii. Pochodzilismy do sklepach, zjedlismy drozdzowke z ukochanej piekarni ( i kilka innych smacznych rzeczy), zajrzelismy do Katedry. I wrocilismy usmiechnieci wczesna noca do domu. Jak to nie jest carpie diem, to ja nie wiem, co jest. A tymczasem wracam szukac koszyczka. I idziemy (jak co roku) sprawdzic czy katedra jeszcze stoi na Groenplaats.